Peerelowskie książki kucharskie

Mam w domu trochę peerelowski książek kucharskich, poradników o prowadzeniu domu itp. rzeczy. Z perspektywy bardzo fajnie się je czyta, te wszystkie opowieści z lat 80., jak to ziemniaki można robić na 365 różnych sposobów, tak, że się nigdy nie nudzą, albo co zrobić z resztkami. Bardzo to fajne i użyteczne, nie lubię wyrzucać jedzenia, więc te „kryzysowe” potrawy bardzo się przydają.

Od czasu do czasu trafiają się też kwiatki, też powiązane z sytuacją gospodarczą, ale już nie tak użyteczne. Nagle okazywało się, że ryby są zdrowe, a dorsze, to już hohoho. Nie było mięsa? No, owszem, autorka poradnika coś-tam zauważała, ale jednocześnie dodawała, że „za granicą” warzywa są drogie, więc cieszmy się nimi, skoro możemy taniej niż we Francji czy Wlk. Brytanii. Nie ma cytryn? To fakt, ale wiecie, że tak naprawdę mają one mniej witaminy C niż rabarbar? No, ale wtedy był PRL, cenzura, totalitaryzm i za sarkanie na władzę można było mieć kłopoty, zaś okazywanie lojalności było czasem konieczne.

Teraz na szczęście czasy są inne: mamy demokrację, niezależne media patrzą śmiało na ręce opozycji i każdy może pisać co chce. A ta historyjka przypomniała mi się w sumie bez związku, ot, święta idą, wyszły trochę drożej niż poprzednie, ale co tam. Najważniejsze, że wiem, iż polska żywność cieszy się uznaniem na całym świecie – i w gruncie rzeczy jestem szczęśliwcem, który ma ją na miejscu. Nie to co Francuz, Niemiec czy Brytyjczyk.